poniedziałek, 19 maja 2014

Karnawał w Wenecji.

Gdyby tak policzyć wszystkie karnawały we Włoszech to można doliczyć się około 300. Jak Italia długa i szeroka, każdy region albo miasto większe czy mniejsze mają tradycyjnie swój karnawał. Karnawały też są różne. W moim mieście nie ma wielkiego szaleństwa, jest to przede wszystkim zabawa i uciecha dla dzieci. W ostatnią sobotę i niedzielę przed środą popielcową chodzą po ulicach grupki dzieci przebranych za rycerzy, arlekinów i koty. Niektórzy mają piękne stroje a inni przypinają sobie tylko uszy i malują wąsy. W niedzielę po południu, przy hałaśliwej muzyce, główną ulicą miasta przejeżdża kilka dziwacznych pojazdów: dyliżansów, bryczek i wagonów, oklaskiwanych i pozdrawianych przez dzieci i mieszkańców miasta. Poza tym nic ciekawego w mieście się nie dzieje. Ale w innych miastach np: Striano, Monfredonia czy Viareggio imprezy i parady karnawałowe są słynne i ogromne, jednak najważniejszy i najpiękniejszy jest zawsze karnawał w Wenecji.


Carnevale di Venezia trwa 10 dni przed Wielkim Postem i kończy się w tłusty czwartek przed Popielcem balem maskowym dla ludzi z pierwszych stron gazet i tańcami na placu św. Marka dla plebsu. Jest wspierany przez władze miasta, które organizują różne widowiska, przedstawienia, wystawy i konkurs na najpiękniejszą maskę. Carnevale to niekończąca się parada, podczas której w ciągu dnia ludzie zakładają piękne przebrania i idą na plac, żeby się sfotografować. Można tu zobaczyć pana, który założył białą maskę, czarną pelerynę, trójgraniasty kapelusz i idzie do kiosku po gazetę. Ci co wydali 2 lub 3 tysiące euro na piękny strój i chcą się w nim pokazać, siedzą wieczorem w kawiarni Florian. W całej Wenecji panuje atmosfera radości i świętowania.


Dzisiejszy Carnevale utracił właściwą mu dawniej świetność i koloryt, od czasu, gdy jego świętowania zakazał Napoleon - obawiając siły i buntu Wenecjan, ukrytych za maskami, która mogła doprowadzić do rewolty. Na pomysł wskrzeszenia karnawału wpadli młodzi wenecjanie zafascynowani kulturą i teatrem. Wenecki karnawał jest bardzo inny i bardzo się różni od świętowanych gdzie indziej np: Rio de Janeiro. Zimowy pejzaż miasta, o łagodnym kolorycie, jest pięknym, romantycznym tłem zabaw. Nie towarzyszy im głośna muzyka, nie ma nagich ciał i nie panuje tu, jak gdzie indziej dzika, nieokiełzana wesołość. Ten karnawał na lagunie to przede wszystkim zabawa dla turystów i niewiele ma wspólnego z karnawałem, jaki znamy z XVIII w. Tylko maski nadal wykonuje się według starych wzorów.


A jaki był kiedyś?
Liczni przyjezdni odwiedzający Wenecję w XVIII w. odnosili wrażenie, ze karnawał trwa tu cały rok. W rzeczywistości odbywał się od 26 grudnia do środy popielcowej, jednakże barwne kostiumy i zabawa w maski, pozwalająca zachować anonimowość, w XVIII w. były nierozłączną częścią codziennego życia Wenecji. Maska, głównie bauta, w rozumieniu weneckim nie były przebraniem, lecz noszono je prawie stale. Bauta - to czarny szal okrywający włosy, uszy i szyję: do tego zakładano trójgraniasty kapelusz i maskę, zazwyczaj białą, która przykrywała górną część twarzy, ubiór uzupełniała długa czarna peleryna - tabarro. Taki strój mogli nosić mężczyźni i kobiety, biedni i bogaci, a z okazji ważnych uroczystości, np: obejmowania urzędu przez dożę czy przyjęcia ważnych zagranicznych gości, ich noszenie było nawet obowiązkowe.


Wenecka moda ubierania masek niosła liczne dogodności i swobody, które przyjeżdżającym na lagunę musiały wydawać się prawie rajskie. W innych miastach europejskich już po samym ubiorze rozpoznawano stan społeczny noszącego, w Wenecji maska zacierała te nierówności i także różnice między płciami. Zwykły mieszczanin w przebraniu z kosztownych tkanin mógł zatem poczuć się szlachcicem, a powszechnie znany arystokrata przez nikogo nierozpoznany, tracić majątek w licznych kasynach. Kobiety miały możliwość swobodnego poruszania się po mieście, a pod długim płaszczem być może nawet w spodniach. Także dla miłości, która w kulturze rokoka odgrywała ważną rolę, otworzyły się możliwości bez kostiumów nie do pomyślenia: za zasłoną maski można było pokazać się publicznie nawet podczas schadzki. Choć Wenecjanie zwykli nosić maski cały rok, jednak dopiero w karnawale można było ocenić wspaniałość i różnorodność tradycyjnych kostiumów. Pierwsza wzmianka o takich przebraniach pochodzi już z 1268 roku.


Karnawału w dawnej Republice nie świętowano cicho, przeciwnie - charakteryzowała go hałaśliwa radość i spontaniczna wesołość. Na ulicach i placach można było wówczas spotkać mężczyzn przebranych za dzikusów, okrytych skórami czy liśćmi, którym szaleńczym pląsom towarzyszyły nieprzyzwoite piosenki, lub w ubiorach kobiecych nagabujących przechodniów, niemowlęta  przechadzające się grupkami i rozprawiające dziecinnym językiem o polityce czy aktualnych skandalach. Byli nattacini, odziani w fartuchy, którzy jajkami napełnionymi wodą różaną i innymi pachnidłami obrzucali piękne dziewczyny, a zepsutymi - nielubianych Wenecjan. Noszono też często maski, które były wizerunkami postaci z komedii dell'arte, oraz kostiumy karykaturujące grupy zawodowe albo narodowości np: sztywnego Anglika, gadatliwych mieszkanek Burano, obłąkanego chorego czy budzącego przerażenie lekarza zadżumionych.


W określonych dniach , np: 26 grudnia - w pierwszy dzień karnawału, wszyscy przebierańcy spotykali się na placu św. Marka. Bogaci wyjmowali ze schowków i skrzyń najkosztowniejsze stroje i klejnoty, w tym dniu bowiem nie obowiązywał zakaz okazywania publicznie zbytniego luksusu. Przechadzano się placu, radując oczy pysznymi, barwnymi kostiumami innych i wystawiając na pokaz własne przebranie. Innym punktem kulminacyjnym weneckiego karnawału było święto Giovani Grasso - tłustego czwartku. Przedstawiciele cechu kowali zarzynali na rozkaz doży byki a mięso rozdzielano pomiędzy biednych, Signorię oraz więźniów. Co roku rozciągano tam również specjalne konstrukcje linowe, za pomocą których odważny pracownik Arsenału, narażając się na niemałe niebezpieczeństwo, przekazywał doży stojącemu na balkonie bukiet kwiatów. Zawodnicy wystawiani przez dwie zwaśnione dzielnice konkurowali ze sobą budując żywe piramidy. Ich tworzenie wymagało wielkiej odwagi, siły i zręczności. 


Pod koniec dnia obydwie zwaśnione grupy występowały w tańcu mauretańskim, który wyobrażał walkę stoczoną między Maurami i chrześcijanami - widowisko kończyło się pokazem fajerwerków.
W tej atmosferze beztroskiej zabawy wszelkie różnice społeczne zdawały się zanikać. W całym mieście bawili się pospołu biedni i bogaci, rząd przemyślnie wykorzystywał karnawałowe szaleństwo, czyniąc z niego wentyl dla społecznego niezadowolenia: ogłaszano bowiem, że ci, którzy noszą maski, nie mają ponad sobą żadnej władzy.


Mieszkałam we Włoszech wiele lat i korzystałam z każdej okazji żeby pojechać do Wenecji w okresie karnawału. Najpierw były to wyjazdy organizowane przez agencję turystyczną a potem jeździłam sama, bo chętnych rodaków na takie wyjazdy nigdy nie było.
Bardzo lubiłam tą radosną, świąteczną atmosferę na uliczkach Wenecji. Spacerując tu czy tam zawsze spotykałam osoby w pięknych przebraniach, wielkich kapeluszach, czarnych pelerynach, które przechodziły otoczone tłumem fotografów, turystów i dziennikarzy z kamerami na ramieniu z całego świata. Obejrzałam także piękne barokowe tańce na Placu św. Marka. 
Program karnawału jest bardzo bogaty i ciekawy, każdy może sobie wybrać coś co go interesuje ale  trzeba zatrzymać się w Wenecji na dłużej. Ja byłam zawsze tylko przez kilka południowych godzin ale i tak zawsze byłam zadowolona.
Jedynym minusem są niesamowite tłumy, po ulicach chodzi się jak w procesji, wszędzie tłok. Jeśli ktoś wybiera się na Carnevale di Venezia powinien być na to przygotowany.




niedziela, 19 stycznia 2014

Weneckie konie.

Do wspaniałej weneckiej katedry św. Marka prowadzi pięć portali z łukami wypełnionymi po brzegi mozaiką i sztukaterią. Nad środkowym, największym portalem, na balkonie stoją cztery konie.
Ich historia jest niezwykle ciekawa i burzliwa.


Do dziś tak naprawdę nie wiadomo kto jest twórcą tych arcydzieł  rzeźby. Zdania są podzielone. Niektórzy twierdzą , że wyszły spod dłuta samego mistrza Lizypa, jednego z wielkich rzeźbiarzy antycznej Grecji. Inni natomiast twierdzą, że wyrzeźbił ich jego uczeń nieznanego nazwiska.
Tak czy siak są one wyrzeźbione po mistrzowsku i pochodzą na pewno z epoki hellenistycznej a więc z IV wieku p. n. e.


Kiedyś konie były własnością miasta Chios, stolicy i portu na małej wyspie o tej samej nazwie, leżącej na Morzu Egejskim, niedaleko wybrzeża Azji Mniejszej. W starożytności wyspa ta słynęła z sadów figowych, winnic i marmuru. Bogaci wyspiarze kochali się w sztuce rzeźbiarskiej, toteż w miastach było wiele rozmaitych pomników i monumentów.
Kiedy wyrzeźbiono konie, prawdopodobnie były one zaprzężone w rydwan, stanowiły część kwadrygi, która zdobiła hipodrom w Konstantynopolu.
Konstantynopol - stolica potężnego imperium bizantyjskiego, które w 447 r. p. n. e nawiedziło wielkie trzęsienie ziemi. Cesarzem był wtedy Teodozjusz II, zapalony budowniczy. Odbudował miasto, a przede wszystkim dołożył starań, by  poszerzyć i upiększyć hipodrom. Bo właśnie hipodrom  był sercem miasta, miejscem,gdzie odbywały się  zgromadzenia publiczne i ukochane przez wszystkich wyścigi kwadryg.


W realizowaniu swoich planów nie liczył się z żadnymi przeszkodami. Ściągał z Italii, Egiptu, Grecji co cenniejsze dzieła rzeźbiarskie, nie zważając na protesty ich właścicieli. Pewnego dnia przybył statek cesarski na wyspę Chios, zabrał konie i odpłynął do Konstantynopolu. Konie stały na Chios prawie osiem stuleci, stanowiły zabytek, niemal świętość, dlatego można sobie wyobrazić oburzenie i rozpacz mieszkańców, ale nie mogli się sprzeciwić woli potężnego władcy.


Umieszczono je na dachu cesarskiej loży na hipodromie i  stały tam 750 lat. Były świadkiem wszystkich wydarzeń jakie miały miejsce na hipodromie i w mieście w ciągu tych siedmiu stuleci.
Minęły setki lat i w początkach trzynastego wieku ogłoszono czwartą wyprawę krzyżową. Jej przywódcy i organizatorzy zwrócili się do Wenecji z prośbą o dostarczenie okrętów dla przewiezienia Krzyżowców przez Morze Śródziemne. Dożą był wtedy, na poły ociemniały strzec  Enrico Dandolo, człowiek bardzo sprytny i cyniczny. Ponieważ bankierzy i kupcy weneccy dbali przede wszystkim o swoje zyski a idea wyzwolenia Ziemi Świętej niewiele ich obchodziła, zażądali za dostarczenie okrętów ogromnej zapłaty.


Gdy przyszło do płacenia krzyżowcy nie zdołali zebrać potrzebnych pieniędzy i w zamian za brakującą sumę Dandolo zażądał aby zdobyli dla niego port Zala w Dalmacji, który zbuntował się przeciwko Wenecji i oddał się pod opiekę króla węgierskiego. Mieszkańcy tego portu byli chrześcijanami, gdy armia Krzyżowców stanęła pod murami miasta, żeby go zdobyć byli tym faktem zaszokowani. Na blankach zatknęli krzyże z nadzieją, że w ten sposób przemówią do sumienia obrońców grobu Chrystusa, ale to nic nie pomogło. Chrześcijańscy rycerze okazali się zwykłymi rozbójnikami, wtargnęli do miasta i ograbili je doszczętnie szerząc mord wśród nieszczęsnej ludności.


Korzystając z zamieszania na dworze cesarskim w Bizancjum, Dandolo namówił znowu Krzyżaków do wyprawy na Konstantynopol obiecując fantastyczne łupy. Rycerze krzyża chętnie zgodzili się na tą wyprawę zamiast ruszać na niewiernych. Dandolo, mimo że miał 85 lat, osobiście kierował szturm na mury i dumna stolica wschodniego imperium została po raz pierwszy w swoje historii zdobyta. Krzyżowcy rzucili się do grabieży i mordów i gwałtów, szukając skarbów włamywali się do grobów cesarskich, nie oszczędzili nawet biblioteki niszcząc cenne zabytki literatury klasycznej. Zniszczyli komplety dramatów Sofoklesa i Europidesa.Wiele arcydzieł sztuki antycznej i hellenistycznej zostało rozbitych i zniszczonych.



Wtedy zrabowano  i przywieziono cztery konie z brązu. Ustawiono je na placu św. Marka, gdzie stały spokojnie przez sześćset lat. Ich spokój zakłócił Napoleon, który odebrał Wenecji niepodległość i oddał pod panowanie Austrii.
Legioniści pod dowództwem Sułkowskiego, na rozkaz Napoleona, zabrali konie i wraz z innymi cennymi łupami przetransportowano do Paryża. Wieziono je na czterokołowych platformach ulicami Paryża. Był to triumfalny wjazd, orkiestra wojskowa grała marsza, tłumy Paryżan wznosiły wiwaty na cześć Bonapartego. Dla koni był to mały epizod w ich długim, urozmaiconym życiu. 
W Paryżu pozostały do 1815 roku.


Po upadku cesarza poszkodowane kraje zażądały zwrotu zagrabionych dzieł sztuki. Wenecja domagała się oczywiście zwrotu swoich ukochanych koni. Francja oddała rumaki , wróciły do Wenecji i dziś ozdabiają katedrę św. Marka. 
Te prawdziwe z wyspy Chios znajdują się w muzeum, w tylnej części balkonu, aby uchronić je przed niszczącym działaniem powietrza. Natomiast z balkonu patrzą na nas identyczne kopie.


Konie liczą sobie ponad 2300 lat, jest to wiek jaki rzadko osiągają dzieła ludzkiej ręki.
Co ich czeka w przyszłości?
Jeśli za kilka stuleci poziom wody w Canal Grande podniesie się do tego stopnia, że woda sięgnie do trzeciego pietra przyległych domów, a z katedry wystawać będą z wody tylko kopuły?.
Co stanie się z pięknymi rumakami antycznej Hellady.

czwartek, 24 października 2013

Piza. Campo dei Miracoli.

Dzięki Krzywej Wieży Piza znana jest wszystkim turystom odwiedzającym Włochy. Większość z nich wpada tu na krótko, kilkugodzinny albo jednodniowy pobyt, zwiedza Campo dei Miracoli nie zapuszczając się w głąb miasta pełnego miejskich placów, pokrytych arkadami ulic, wytwornych pałaców, romańskich kościołów z rzeżbami Pisanich, miasta, w którym urodził się i mieszkał słynny astronom i matamatyk – Galileusz.
Ja też byłam w Pizie tylko kilka godzin – a szkoda. Chociaż połączenie kolejowe jest dobre, tylko jedna przesiadka, to jednak dojazd i powrót trwa osiem godzin.
Zaraz po przyjeżdzie, najkrótszą trasą szłam w kierunku Campo dei Miracoli i tak po drodze zaczęłam zwiedzanie od maleńkiego oratorium, kościółka przy moście Solferino, nad samym brzegiem Arno, zbudowanego przez rodzinę Gualandi w 1230r., a potem przebudowanego na styl gotycki w 1323r. przez kupca,który zdobył cierń (spina) z korony Chrystusa, dlatego kościół jest pod wezwaniem Santa Maria della Spina.
 

 
 
Kościół stojący na niestabilnym podłożu i zbyt blisko rzeki wymagał kosztownych remontów i konserwacji, dlatego parę lat po zjednoczeniu Włoch komisja utworzona z członków Akademii Sztuk Pięknych zadecydowała, że oratorium całkowicie rozebrano i wybudowano na nowym miejscu przesuwając kilka metrów na wschód od poprzedniego, ale prac nie ukończono definitywnie, zakrystii nie odbudowano do dziś a wnętrze zostało pozbawione niemal całkowicie całego wyposażenia.
Pole Cudów czyli Campo dei Miracoli to centrum religijne średniowiecznej Pizy. Największe i najpiękniejsze są cztery zabytki: Duomo – Katedra, Krzywa Wieża, Dzwonnica – Torre Pendente, Cmentarz – Camposanto i baptysterium. Zbudowane blisko siebie na wielkim, prostokątnym placu. Dziś trudno w tym miejscu znależć ciszę i spokój na jakieś religijne refleksje i rozmyślania, bo wszystkie zabytki otoczone są gromadami turystów. Pod wieżą tłok, wszyscy robią fotografie inni pozują do zdjęcia jakby podtrzymywali albo przewracali dzwonnicę, w Duomo krążą grupy z przewodnikami zatrzymując się przed nawami i bocznymi ołtarzami, słynna ambona Pisaniego otoczona przez fotografów i filmowców że trudno się wcisnąć i obejrzeć z bliska, kolejka turystów tych co idą na wieżę, ślubne pary i goście weselni spacerują po zielonej murawie albo ustawiają się do pamiątkowej fotografii a poza tym wszystkim stragany i uliczni handlarze.

Nie rozglądając się za bardzo poszłam najpierw do kasy po bilet na wieżę. Bilet kosztuje 18 euro i upoważnia do zwiedzenia Duomo, wejścia na dzwonnicę i opłatę za przechowanie bagażu. Na wieżę, ze względów bezpieczeństwa nie wolno wnosić toreb, plecaków itp. Jeśli ktoś chce wejść do baptysterium i na cmentarz to jeszcze dwa bilety po 5 euro.


Do wyznaczonej na bilecie godziny wejścia miałam sporo czasu, teraz mogłam się tutaj spokojnie rozejrzeć. Całe Campo dei Miracoli to przepiękne miejsce, lśniące marmurowe budowle kontrastujące z otaczającą zielenią wydają się jeszcze bielsze i jeszcze piękniejsze.

Charakterystycznym elementem tak zwanej pizańsko-romańskiej architektury tego okresu są czarno-białe marmurowe fasady zainspirowane stylem budynków mauretańskich w Andaluzji. Jej uzupełnieniem są średniowieczne rzeżby, należącej do tych najwspanialszych we Włoszech, w większości wykonane przez Nicolę i Gianniniego Pisano. Szczyt politycznej potęgi miasta przypada na koniec XI w.,kiedy to Pizańczycy odnieśli kilka zwycięstw nad Saracenami i z wypraw do krajów arabskich przywieżli dawno zapomniane idee nauki, architektury i filozofii.

 

Upadek rozpoczęła klęska zadana Pizie w 1284r. przez Genueńczyków, przyczyniło się także zamulenie pizańskiego portu.

Od 1406r. miastem rządziła Florencja i Medyceusze otworzyli uniwersytet, w którym wykładał m.in. Galileusz. W następnych wiekach Piza dalej traciła swoje znaczenie, z czasów jej świetności pozostało Campo dei Miracoli i inne zabytki podziwiane do dziś.

Budowę wspaniałej pizańskiej katedry rozpoczęto w1064r. a ukończono sto lat pózniej. Cztery poziomy zróżnicowanych kolumnad i połączenie ciemno-szarego marmuru i białego kamienia to typowy pizański styl, który naśladowano potem w całej Toskanii. W piękną fasadę wmurowano kwadratowe i okrągłe płyty kolorowego marmuru, jednak dominujący szaro biały kolor kamienia sprawia, że te kolory widzimy dopiero przy dokładnym i bliższym spojrzeniu na budowlę.




Wewnątrz natomiast są wysokie czarna-białe arkady przypominające mauretańską architekturę Kordowy.










Najsłynniejszy eksponat w katedrze to ambona wyrzezbiona przez Giowanniego Pisano. Po pożarze w 1595r. ukryto ją a odnaleziono dopiero w 1926r. Jest to ostatnia z trzech słynnych ambon wykonanych w Toskanii przez Giovanniego Pisano i jego ojca Nicolę, wykonana z niezwykłym mistrzostwem przedstawia sceny z Pasji na każdym panelu.
 
 

Naprzeciw fasady katedry stoi okrągłe baptysterium, trzy piętra romańskich arkad zwieńczone gotyckimi pinaklami oraz kopułą w kształcie cytryny.
 





Jest to największe baptysterium we Włoszech.

Budowę rozpoczął w 1152r. artysta Deotisalvi a zakończył Pisani. Olbrzymie wnętrze jest prawie puste i bez dekoracji, tylko chrzcielnica i druga ambona Nicoli Pisano, wyrzezbiona pół wieku wcześniej niż ta w katedrze przez syna.




Wzdłuż północnej krawędzi Campo dei Miracoli biegnie ogrodzenie z białego marmuru i wyznacza początek Camposanto – cmentarza, który kiedyś uznawano za najpiękniejszy na świecie.




Legenda głosi, że arcybiskup Ubaldo Lanfranchi rozkazał rycerzom pizańskim biorącym udział w Czwartej Krucjacie przywieżć do miasta ziemię z Golgoty, aby wybitni mieszkańcy Pizy mogli być pochowani w ziemi świętej. Wokół tego kawałka uświęconego terenu wybudowano budynek na kształt gotyckiego krużganka a jego ścianę – dwa tysiące metrów – pokryto freskami.



Budynek przetrwał ale ściana z freskami jest w większości zniszczona i pusta.




Krzywa Wieża jest krzywa i zawsze była krzywa, nikt nigdy nie przyznał się do jej projektu. Zaczęto ją budować w 1173r. a dwanaście lat pózniej wieża zaczęła się przechylać ale w przeciwną stronę niż jest obecnie. Aby usunąć problem, kamieniarze wsunęli klinowate kamienie pod podstawę co spowodowało że wieża przechyliła się gwałtownie w drugą stronę, Budowę wstrzymana, kiedy konstrukcja miała zaledwie trzy piętra.



Mniej więcej sto lat później, po długich naradach i obliczeniach dobudowano jeszcze trzy piętra skonstruowane tak aby zrównoważyć przechył i wykończono przekrzywioną dzwonnicą.



.W 1990r. przechył wieży od pionu wynosił ponad 5 m. Pracowano 11 lat i wydano 30 milionów dolarów, aby uratować ten słynny na cały świat zabytek i turystyczny symbol Włoch.



Wywiercono otwory od północnej strony, usunięto piasek i muł spod fundamentów obniżając teren w przeciwnym kierunku. Krzywiznę udało się zredukować o 50 cm do stanu z 1838r. Po tych zabezpieczeniach od 10 lat jest otwarta dla turystów. Wchodzi się w grupach po 30 osób co 40 minut. Po 294 schodach, tak wąskich, że dwie „puszyste” panie się nie wyminą i trzeba stosować ruch wahadłowy, wspinamy się na samą górę. Nie ma balkonów jedynie niewielkie zakratowane okienka. Ściany po obu stronach są krzywe, czasem trochę za blisko albo za daleko. Na każdym stopniu schodów są wydeptane, wytarte szerokie wgłębienia, postawienie stopy w niewłaściwym miejscu spowoduje, że zatoczymy się w lewą albo prawą stronę.



Na samej górze dzwony i niezapomniany widok na miasto, na toskańskie wzgórza, na Monte Pisano. Morza nie widać chociaż jest blisko.
















Kiedyś, tu na horyzoncie było morze, cofnęło się 13 km.



Tak sobie jeżdzę po północnej Italii i zwiedzam zamki, katedry, kościoły, ale są pewne miejsca,które budzą we mnie bardzo radosne, niepowtarzalne emocje albo momenty zamyślenia nad historią i przeszłością. Nie są to eksponaty w muzeum, obrazy na ścianach czy rzeżby, których nie wolno dotykać. Nie chodzi tu o wielkie wzruszenia czy egzaltacje.

Takim miejscem jest Krzywa Wieża – szłam po tych samych schodach co kiedyś Galileusz. W Rzymie na Monte Capitolino -stałam na schodach a może na tym samym stopniu co stała kiedyś Kleopatra i czekała na powrót Juliusza Cezara. W Wenecji – pogłaskałam ukradkiem kark wspaniałego rumaka, który ma ponad dwa tysiące lat. W Loreto -siedziałam na tym samym murku co kiedyś siedzieli i gawędzili Templariusze. Czasem trudno mi uwierzyć że dotykam czegoś co istnieje tysiąc albo dwa tysiace lat. To są właśnie moje najpiekniejsze spotkania z historią.